• DZIKIE ZATOCZKI FRANCUSKIEGO WYBRZEŻA ST-RAPHAEL

    DZIKIE ZATOCZKI

    Dlaczego dzikie zatoczki ? Bo przecież nie każdy dzień w nadmorskich miasteczkach Prowansji musi być przepełniony gwarem i tłocznymi plażami. Pewnego letniego dnia znalazłam destynację dla amatorów bardziej ustronnych miejsc oraz cichych, kameralnych zatoczek przeznaczonych głównie dla tych, którzy uwielbiają sporty wodne:

    CZERWONE SKAŁY WZGÓRZ ESTEREL

    To miejsce ma szczególny i wyjątkowy urok. Wcześniej kilkukrotnie byliśmy przejazdem przez St-Raphael, ale któregoś razu musiałam się tu zatrzymać na dłużej:

    Niesamowite czerwone skały wzgórz Esterel, ginące w obłędnym, turkusowym morzu mają niepowtarzalny urok. Piękne, malownicze zatoczki przypominają inspiracje z obrazów najznamienitszych impresjonistów. Ciężko oderwać wzrok:

    SPORTY WODNE

    To właśnie tu, Port St-Lucia w St-Raphael na jednym dziennym bilecie kupiony w lokalnym biurze turystycznym możecie zasmakować najwspanialszych sportów wodnych. Macie ochotę na lot spadochronem za motorówką ? A może narty wodne, winsurfing, nurkowanie ? Vieux Port to główny ośrodek nurkowania. Są tu wraki z II wojny światowej, ale również możliwość nurkowania przy najbardziej pionowych skalistych wybrzeżach:

    Jeśli macie ochotę na relaks na wodzie, wycieczki łodziami organizowane z plaży d’Agay mogą być wspaniałym pomysłem na odprężenie i ochłodę w słoneczny dzień.

    To wyjątkowe i odmienne miejsce. Musicie przyznać, że są to zaskakujące widoki i wspaniałą propozycja na wakacyjny dzień. Większą frajdę Morze śródziemnomorskie sprawiło nam tylko w Port Cros na wyspie Hyeres, należącej do parku narodowego. Ale o tym przepięknym miejscu i rejsie będzie oddzielny post.

  • VENCE I ST-PAUL-DE-VENCE – przepiękne miasteczka alp nadmorskich

    EKSPLORUJEMY VAR I ALPY NADMORSKIE

    Przez lata podróżując po Prowansji samochodem, daliśmy sobie szansę zjeżdżenia Lazurowego Wybrzeża od jego początku po same krańce, ale też za każdym razem coraz głębiej eksplorowaliśmy górskie tereny krainy Var i Alp Nadmorskich.

    Zabrałam już Was do kanionu GRAND CANYON DU VERDON i nad przepiękne jezioro LAC DE STE-CROIX. Byliście ze mną w zjawiskowej Moustiers-Sainte-Marie, położonej u wejściu do wąwozu Verdon – z jej niezwykle położoną Chapelle de Notre-Dame-de-Beauvoir. Dziś zabieram Was do dwóch przepięknych, bardzo blisko siebie położonych górskich wiosek.

    VILLAGES PERCHES

    Villages perches – tłum.: górskie wioski i miasteczka – budowano w krainie Var głównie dla obrony przeciwko saraceńskim piratom. Góry dawały mieszkańcom ochronę przed najazdami Saracen, którzy siali spustoszenie aż do XVIII w.

    VENCE oraz ST-PAUL-DE-VENCE to dwie najładniejsze i chyba najlepiej znane villages perches w regionie. Z obu miasteczek rozciągają się przepiękne widoki na okolicę.

    VENCE

    To miasteczko to prawdziwy „klejnot regionu”. Jest malowniczo położone na wysokiej skale. Dzięki temu, dookoła rozciąga się piękny widok:

    Średniowieczne centrum otoczone jest murami obronnymi. Można tam dojść przechodząc przez masywną kamienną bramę. Historia Vence sięga XII w. ale do tego górskiego miasteczka chciałam się wybrać głównie przez wzgląd na polski akcent. Tu, w ostatnich 5 latach życia przebywał i zmarł Witold Gombrowicz. W Vence został również pochowany. Udało się nam znaleźć dom, w którym mieszkał. Właśnie w tej willi o nazwie „Alexandrine”, kilka lat temu otwarto Muzeum Gombrowicza.

    Popołudnie rozpoczęliśmy na Place du Frene, na którego środku podziwialiśmy okazały jesion – wg legendy posadzony w 1538 roku przez króla Franciszka I.

    Spacerując bardzo wąskimi uliczkami, zachwycaliśmy się typowo prowansalskimi kamienicami. Uwielbiam ten śródziemnomorski styl i kameralny klimat:

    Miasteczko otula wspaniała artystyczna i historyczna aura. Nie dziwi, że w przeszłości, jak i teraz odwiedza je i zamieszkuje wielu znanych artystów.

    W miejscowej katedrze i Kaplicy Różańcowej obejrzycie wiele wspaniałych dzieł sztuki. Osobiście zachwyciła mnie właśnie Kaplica, w której podziwialiśmy malarstwo Henri Matisse:

    Zostaliśmy w miasteczku do wieczora. Spójrzcie jaką grę świateł zapewniło zachodzące słońce:

    ST-PAUL-DE-VENCE

    Według wielu to jest najładniejsze i najbardziej znane górskie miasteczko Alp Nadmorskich. Z jego obwarowań jest przepiękny widok na morze:

    Kiedyś było zwykłą wioską. Jej mieszkańcy, do lat 20 ubiegłego wieku wiedli spokojne, uporządkowane życie. Potem wieś została odkryta i pokochana przez znanych artystów: Picassa, Matisse’a czy Legera. Stała się bardzo modna i niezwykle często odwiedzana.

    Ja zachwyciłam się uroczym klimatem wioseczki. Znajdziecie tu niezliczone, bardzo urokliwe, często maleńkie galerie sztuki, pracownie artystyczne i sklepiki z przydatnymi, śródziemnomorskimi pamiątkami.

    Są też tu znakomite restauracje, w tym słynna „Le St-Paul”, należąca do eleganckiego hotelu. Doskonałe owoce może zjecie tu na pięknym tarasie z widokiem na obwarowania miasteczka. Po kolacji zachęcam do przechadzki ścieżką spacerową, prowadzącą wzdłuż murów wioski.

    To było wspaniałe, letnie popołudnie przewędrowane w dwóch przepięknych alpejskich wioseczkach. W St-Paul-de-Vence zastał nas wieczór i to on odkrył przed nami kolejne, urocze uliczki i kamienice miasteczka. Nastrojowo oświetlone, zachwycały swym kamiennym urokiem. Sprawiały wrażenie, jakby nic tu się nie zmieniło od czasów średniowiecza. A ja dodatkowo znalazłam wspaniały atrybut w sam raz dla mnie…prawda ?

  • SOPOT WYŚCIGI

    Jeśli wybierzecie się do Sopotu pociągiem, to będziecie mieli ogromną przyjemność dotrzeć na nowoczesny dworzec główny miasta, ale też i podziwiać historyczne perony stacji, które zachwycają wyglądem:

    Przemieszczając się po mieście, szybko się zorientujecie, że miasto oprócz dworca głównego i stacji kolejowej „Sopot” ma jeszcze dwa inne przystanki miejskie: Sopot Kamienny Potok i właśnie Sopot Wyścigi. To nazwy stacji kolejowych lokalnej SKM. Stację Sopot Wyścigi znam bardzo dobrze. Położona w pobliżu mojej szkoły podstawowej była moją stacją startową dla dziecięcych podroży do rodziny do Gdyni i Gdańska. Do dziś lubię jeździć SKM-ką. Czasem wolę wybrać się pociągiem na spacer po gdańskiej Starówce, czy gdyńskim bulwarze, niż szukać bez końca miejsca do zaparkowania samochodu. Ale wróćmy na stację SKM Sopot Wyścigi. Co jest w niej tak wyjątkowego ? Zaraz Wam opowiem…

    Pierwszy sopocki przystanek kolejowy na Wyścigach powstał na przełomie XIX i XX wieku w ścisłym związku z budowanym ówcześnie hipodromem. Ta niewielka stacja towarowa była wykorzystywana głównie do rozładunku koni i towarów niezbędnych do organizacji imprez wyścigowych. Dzisiejszy przystanek ozdobiono elementami artystycznymi nawiązującymi do lokalizacji i tematyki końskiej.

    Na ścianach przy schodach, którymi schodzimy na peron zobaczymy piękne mozaiki artystki: Mai Feliksy Dziewanowskiej-Stepnowskiej przedstawiające jeźdźców galopujących na koniach:

    W nawierzchni peronu, wmontowano stylizowane, metalowe podkowy z herbem Sopotu:

    Jeśli będziecie w pobliżu, lub będziecie podróżowali trójmiejską SKM-ą warto tu zajrzeć. Nie znam drugiej takiej stacji!

  • „Kto bywa na koniu, bywa i pod koniem.”

    MIĘDZYNARODOWE ZAWODY CSIO

    To największa impreza rozgrywana na sopockim hipodromie. Pięciogwiazdkowy turniej CSIO zawsze odbywa się w czerwcu. Międzynarodowa Federacja Jeździecka (FEI) już po raz kolejny przyznała Polsce prawo organizacji zawodów jeździeckich w najwyższej światowej randze 5*, podczas których odbędzie się drużynowy konkurs Pucharu Narodów pierwszej dywizji europejskiej. To wyjątkowe wyróżnienie, dzięki któremu Sopot znalazł się w prestiżowym gronie ośmiu miast (obok m.in. La Baule, Hickstead czy Dublina), które mają prawo do organizacji pierwszej dywizji FEI Longines Nations Cup.

    „Jeździć konno może nauczyć się każdy, ale jazda w harmonii z koniem jest sztuką”

    Wilhelm Müseler

    To był wspaniały, czerwcowy, słoneczny dzień z niepowtarzalną atmosferą i niezapomnianymi emocjami podczas śledzenia zmagań najwybitniejszych jeźdźców świata. Powiększcie zdjęcia i sami zobaczcie jakie piękne konie tworzyły to widowisko:

    Bardzo lubię tu bywać, ponieważ atmosfera takich wydarzeń na sopockim hipodromie jest zawsze wyjątkowa. Dodatkowo wzrusza fakt, że siedziałam na tych trybunach jako mała dziewczynka, potem nastolatka i dziś nadal mogę podziwiać niezmieniony, cudowny, sopocki hipodrom. W czasie takich letnich imprez, jeśli tylko pogoda dopisuje, czas tu płynie swoim rytmem i każdemu bez wyjątku udziela się ten nadzwyczajny klimat. Nie umiem tej wyjątkowości do niczego porównać. A w zasadzie to po co ? Chcę tu wracać dla takich wspaniałych chwil !

  • TULI-PAN-PANIĄ

    Tegoroczna majówka przywitała nas deszczem i wiatrem. Na kompletnie swoich zasadach. Nie licząc się z tym co planowaliśmy i czego od niej oczekiwaliśmy. Trochę się już do tego przyzwyczaiłam. Właściwie to od marca nie mogę niczego zaplanować w ogrodzie. Jak mam czas, to nie ma pogody. Jak jest piękny dzień to oglądam go przez okno z pracy.

    Bardzo ta wiosna ogrodowo pogmatwana. Nie uporządkowałam krzewów i bylin w marcu. Biegiem sprzątałam ogród w kwietniu, a w majówkę, kiedy miałam sprawić w ogrodzie ogólny „glamour” – deszcz leje bez ustanku. Najbardziej cieszą się chwasty, które zwyczajowo bawią się ze mną w ogrodzie w „kto tu rządzi”.

    Cały kwiecień był bardzo chłodny, z dużym naciskiem na lodowate noce, często poniżej zera. Dawno nie było tak, żeby o tej porze krzewy i drzewa ciągle jeszcze miały pączki liściowe. Przyroda mocno doświadczona tym wiosennym spóźnieniem. Tak wiele magnolii ma podmarznięte, zbrązowiałe kwiaty. Nie lubię tej wiosenno-zimowej przepychanki.

    A co lubię?

    Lubię na przykład, kiedy w ciepłe dni, promienie słońca zapraszają do ogrodu na wiosenne, spektakle ze światłem w roli głównej.

    Dzielę się z Wami moją ukochaną wiosenną sesją, w której tulipany miały grać główną rolę, ale słońce „skradło show”.

    TULI-PAN-PANIĄ:

    Kiedy patrzę na te kadry, to nawet w ciemny, zimny i deszczowy dzień jest mi bardzo słonecznie:

    Mam nadzieję, że i Wam poprawiłam humor na wiosenny i radosny!

  • NAJPIĘKNIEJSZE WYDANIE ZIMY W OGRODZIE

    OBYM NIE POŻAŁOWAŁA

    Zeszłoroczna, ciepła i praktycznie bezśnieżna zima uśpiła moją ogrodniczą czujność. Nie zrobiłam różom kopczyków, nie otuliłam korą hibiskusów i mam nadzieję tego nie nie pożałować. W ostatnich dniach trochę mnie „zmroziło” i ogród też zmroziło.

    Poprzedni zimowy sezon zostawił nawet liście na części moich pnących róż. Ich wiosenne cięcia były niemal kosmetyczne. Ogród tak delikatnie i bezszkodowo przetrwał zimę. Nawet nocne temperatury były łaskawe.

    No i nadszedł styczeń 2021. Po niemal bezśnieżnym i bardzo jesiennym grudniu najpierw zaskoczyły mocne opady śniegu, a teraz jeszcze siarczyste mrozy. Pozostawione na zimę, uschnięte byliny, pokryte śniegiem, potrafią tworzyć piękne, plastyczne obrazy:

    Zapraszam na śnieżne „ciepłe lody”:

    To nie tak, że zapomniałam jak wygląda i jaka ostra potrafi być zima. Minione sezony utwierdzały w stopniowo ocieplającym się klimacie. Dawno nie było nam dane podziwiać tak dużej pokrywy śnieżnej.

    PRZEPIĘKNY, ŚNIEŻNY WEEKEND

    Mam w pamięci kilka ostatnich styczni. Zwykle ciemne, szaro-bure i ponure. Czasem tylko przeplecione słonecznymi dniami. Tegoroczny był taki sam. Głównie ponury i bardzo ciemny. Na palcach jednej ręki zliczyłabym chwile, kiedy przez moment wygrzewałam twarz w słońcu. Większość weekendowych spacerów cieszyło wyłącznie dobrym, czystym powietrzem, bo na niebie wisiały ciężkie, szare chmury. Wielką rekompensatą był miniony weekend. 2 ostatnie dni miesiąca pokazały się najlepszej strony. Czarował błękit nieba + słońce. Oświetliły ogród w wyjątkowy sposób:

    ZIMOWY OGRÓD

    To właśnie w takie dni ogród czaruje najpiękniej. Zachwyca tak, jak potrafi to robić w pozostałe pory roku. Ponieważ opowiadanie historii fotografiami wychodzi mi najlepiej, zostawiam Was w śnieżnym, obłędnym ogrodzie:

    ZIMY CIĄG DALSZY

    Dziś przyszedł luty. Podkuj buty ? Prognozy mówią, że przed nami jeszcze sporo zimowych i zimnych dni. W porządku. Poproszę tylko o słońce! Dużo słońca! Bo z nim sporo łatwiej czekać na wiosnę.

  • TOWER BRIDGE I LONDYN KRÓLEWSKI

    TOWER OF LONDON

    Na tle nowoczesnego City bardzo dobrze widoczne są jasne mury Tower of London. Ta słynna londyńska twierdza nad Tamizą większości z nas kojarzy się głównie z więzieniem. Została zbudowana za panowania Wilhelma I Zdobywcy około 1800 roku. Początkowo była to otoczona fosą warownia , zwana White Tower. Rozbudowali ją późniejsi władcy – miedzy innymi Henryk VIII, którego dwie żony zostały ścięte na tower Green. Mieściły się tutaj: zbrojownia miejska, skarbiec koronny, zwierzyniec i mennica królewska.

    W Tower przechowywane są bogate, wysadzane klejnotami regalia, używane podczas oficjalnych uroczystości. Najstarsze pochodzą z 1661 roku.

    Nad bezpieczeństwem czuwają gwardziści, ubrani w czerwone kurtki i charakterystyczne czarne czapki (bermyce), szyte z niedźwiedziego futra. Gwardia królewska powstała za czasów Karola I Stuarta.

    BRAMĄ ZDRAJCÓW zwana jest dębowo-żelazna brama osadzona w murach zewnętrznych. Wwożono nią do Tower więźniów. W wodzie leży mnóstwo monet:

    TOWER BRIDGE

    Po opuszczeniu Tower of London swoje kroki skierowaliśmy na Tower Bridge.

    To most ukończony w 1894 roki. Stał się bardzo szybko symbolem Londynu. W czasach, kiedy docierały tu statki oceaniczne most był bardzo często podnoszony. Kiedy był podniesiony, piesi musieli wspinać się na kładkę po liczących trzysta stopni schodach.

    Charakterystyczne, obudowane kamieniami 2 wieże i metalowa konstrukcja zwodzonego mostu to jeden z najpopularniejszych widoków Londynu.

    Dziś podczas zwiedzania Tower Bridge, można obejrzeć miasto z wysokości 42 metrów.

    Trasa kończy się w bardzo interesującej i wspaniale zachowanej maszynowni z dwiema pompami parowymi.

    Maszynownia zachwyciła nie tylko dzieci ale i dorosłych:

    Ten historyczny spacer zakończyliśmy na południowym brzegu rzeki, gdzie rozpoczęliśmy swój rejs po Tamizie.

    To był kolejny niezwykły dzień spędzony w przepięknym Londynie. Pogoda nie była słoneczna, ale była za to „londyńska”. Nie przeszkodziło nam to w odwiedzeniu kilku najbardziej fascynujących budowli miasta, a pochmurne popołudnie zamknęliśmy zapierającymi dech widokami:

    Do Londynu chciałabym wrócić jeszcze kilka razy. Dzięki moim bliskim, spędziłam cudowne, radosne dni i bardzo dużo doświadczyłam, ale tak wiele pozostało mi jeszcze do zobaczenia.

    Tak więc – do zobaczenia Londynie!

  • MADAME TUSSAUDS – MUSEUM FIGUR WOSKOWYCH

    MAGICZNE SPOTKANIE

    Madamme Tussauds – wspaniałe, ponad stuletnie muzeum Londynu. Jedna z największych jego atrakcji. Zrobiłam tyle zdjęć, że nie będę się rozpisywać. Podzieliłam je tematycznie na galerie. Miłego oglądania. a przede wszystkim miłych spotkań z osobowościami naszych czasów i dziedzin wszelakich:

    AKTORZY, CELEBRYCI

    BRYTYJSKA RODZINA KRÓLEWSKA

    ARTYŚCI, NAUKOWCY…

    ŚWIAT MUZYKI

    SPORTOWCY

    POLITYCY, PAPIEŻE I WIELCY TEGO ŚWIATA

    Dla mnie osobiście to była wspaniała wizyta. Można oczywiście długo dyskutować kto bardziej podobny, kto mniej. Ale talentu, kunsztu i nieprawdopodobnych zdolności twórcom tych figur nie można odmówić. Wspaniały czas. Każdemu polecam jeden londyński dzień z Madame Tussauds.

    p.s. jak już zdecydujecie, bilety kupcie wcześniej , żeby uniknąć kilkugodzinnej kolejki do kasy!

    Do miłego! Kolejnego…londyńskiego!

  • LONDON EYE – EYE NA LONDON

    LONDON EYE – HAVE A LOOK!

    LONDON EYE – największy na świecie diabelski młyn – niezwykłe osiągnięcie sztuki inżynierskiej. Jeden z wielu projektów stworzonych na świecie dla uczczenia nowego tysiąclecia.

    Obiekt wspaniale usytuowany, bezpośrednio nad Tamizą, naprzeciwko budynku Parlamentu.

    Posiada 32 zamknięte, szklane kabiny widokowe. W każdej z nich mieści się 25 osób. Koło wykonuje pełen obrót w ciągu 30 minut. Wspaniałe wrażenie!

    Poniżej zachwycające budynki Parlamentu, słynny Big Ben.

    Bilety polecam kupić sporo wcześniej, bo młyn cieszy się ogromną popularnością: https://www.londoneye.com/

    Jeśli będziecie mieli troszkę szczęścia, i tak jak my będziecie w Londynie w słoneczny dzień, z London Eye będziecie podziwiać wspaniałą panoramę miasta oraz miejsca oddalone nawet o 30-40 kilometrów od stolicy.

    Chciałabym jeszcze kiedyś zobaczyć panoramę Londynu nocą, rozświetloną milionami lamp i okiennych świateł. Zimą obiekt jest otwarty do wieczora. Może kiedyś ?

    Te tak bardzo zróżnicowane panoramy miasta, które udało mi się uchwycić na tych dziennych zdjęciach, już w ciągu 30 minut na diabelskim młynie pokazują, jak bardzo niejednoznaczne jest to miasto.

    To z jednej strony stolica pięknego, wyspiarskiego kraju pisana historią 2000 lat wstecz, a przy tym jednocześnie niezwykle nowoczesna metropolia. Niezmiennie trwająca w objęciach mody, muzyki i sztuki oraz światowej finansjery, biznesu i ogromnych korporacji.

    #citybreak

    Spędziwszy weekend lub kilka dni można nie tylko dobrze się przyjrzeć, ale można poczuć Londyn wystarczająco mocno. Całodzienne spacery, rejs po Tamizie i zwiedzenie kultowych miejsc miasta pozwoliły mi rzeczywiście się nim zachwycić. Ale o tym już kolejny post: TUTAJ

  • CO ŁĄCZY MNIE Z GDAŃSKIEM ?

    Mam ten ogromny przywilej i szczęście, że oprócz ogromnego zachwytu nad jego architekturą i klimatem łączą mnie z tym cudnym miastem 3 dodatkowe fakty:

    Nie będę Wam dziś zawracać głowy tym, jak bardzo to był dobry pomysł i jakie fakultety tu ukończyłam. W jednym zdaniu napiszę:

    Ta uczelnia otworzyła mój umysł, wdarła się do środka z ogromnym impetem i ukształtowała moje myślenie o profesjonalnym życiu w najlepszy możliwy sposób. Kropka.

    Dziś będzie o tym, jak w lipcu 2020, znalazłam się po bardzo wielu latach w murach swojej uczelni. Nie z książkami, indeksem i notatnikami. Nie w oczekiwaniu na wykład czy kolokwium. Stanęłam w bramie Politechniki Gdańskiej z aparatem fotograficznym na ramieniu. Przepełniła mnie ogromna ekscytacja i wzruszenie. Na pamiątkę tego dnia i tych chwil stworzyłam galerię zdjęć miejsca, któremu tak wiele zawdzięczam. A tę aleję przemierzałam latami tysiące razy:

    Codziennie witały mnie dwa lwy umieszczone na balkonach obu domków przy bramie głównej.

    Lew po stronie wschodniej trzyma herb miasta Gdańska:

    Budynek był praktycznie całkowicie pusty. Wiem, że wakacje. Ale wiem też, że to był czas intensywnej izolacji społecznej spowodowanej wirusem. To nie był obraz, który miałam zachowany we wspomnieniach.

    Zawsze gwarne i tłoczne wydziały, korytarze i schody śniły mi się nie raz… W uszach słyszę ten gwar pełnych korytarzy:

    W zjeżdżaniu na uczelnianych poręczach doszłam do perfekcji:

    Dziś, pomimo tej pustki w budynku głównym, byłam tak podekscytowana, że właściwie nie chodziłam po piętrach uczelni. Biegałam po nich w obawie, że za chwilkę ktoś może mnie poprosić o opuszczenie budynku.

    Miałam wrażenie, że „kradnę” każdy kadr. I właściwie do tego, aby stworzyć tak emocjonalną galerię zdjęć, ta pustka była mi bardzo potrzebna. Nikt i nic mnie rozpraszał…

    Co rusz mijałam eksponaty, jak przystało na uczelnię techniczną:

    Dotarłam na najwyższe piętro do ponad 400 metrowego holu przed aulą politechniki:

    Szperanie w zapiskach i danych historycznych tak wspaniałego miejsca, tylko podnosi poziom ekscytacji.

    Główny budynek Politechniki Gdańskiej, został zbudowany w latach 1900-04 dla ówczesnej Królewskiej Wyższej Szkoły Technicznej. Powstał według projektu dwóch architektów: Hermanna Eggerta i Alberta Carstena. Jest w stylu neorenesansowym z elementami secesji i eklektyzmu. Został zbudowany z cegły klinkierowej i piaskowca z pięcioma wejściami:

    W 1904 roku było 210 pomieszczeń (bez piwnic i poddasza), m.in.: aula (24 metry długości i szerokości 12 metrów z portalem z postaciami Sztuki i Techniki), sala senatu, rektorat, bibliotek z czytelnią na 36 miejsc, hole, 17 sal wykładowych, 36 pokoi dla profesorów i 11 dla asystentów, 24 kreślarnie, 11 sal ze zbiorami naukowymi, laboratoria, mieszkania służbowe, w północno-zachodnim skrzydle umieszczono sale do modelowania.

    CZASY WOJENNE

    W czasie I wojny światowej, w północno-wschodniej części Gmachu Głównego stworzono szpital. Do zakończenia wojny w Gmachu Głównym mieściło się również dowództwo 17 Armii.

    W lutym 1945 roku w Gmachu Głównym zorganizowano szpital dla rannych żołnierzy i ludności cywilnej na 3000 łóżek. W marcu 1945 w Gmachu Głównym wybuch pożar w wyniku podpalenia i wybuchu bomb w czasie walk o Gdańsk. Ogień strawił dachy, wnętrza i stropy tylnej i środkowej części budynku, rektorat, salę senatu, aulę, bibliotekę z księgozbiorem m.in. Towarzystwa Przyrodniczego, reprezentacyjne sale środkowej części budynku, kreślarnie. Spaliły się zbiory muzeum kolejnictwa i minerałów na parterze. Zniszczeniu uległo 70% powierzchni dachów i około 100 pomieszczeń. Została zniszczona wieżyczka z zegarem na dachu Gmachu Głównego PG.

    REKONSTRUKCJA

    W latach 1952-53 1952 zakończono podjęte w 1946 r. prace odbudowy budynku. 1979 roku budynek został wpisany do rejestru zabytków. W 2012 r. zamontowano na dachu budynku zrekonstruowaną wieżę zegarową. Jest ona konstrukcją z drewna modrzewiowego i blachy miedzianej, którą wieńczy rzeźba – Alegoria Nauki. Waży 15,5 ton i ma 18 metrów wysokości.

    Nad centralnym wejściem znajduje się głowa Meduzy, chroniąca gmach przed intruzami i personifikująca energię.

    W Gmachu Głównym Politechniki Gdańskiej znajdują się przepiękne, zadaszone dziedzińce noszące imiona dwóch powiązanych z Gdańskiem naukowców:

    • Dziedziniec Północny im. Daniela Gabriela Fahrenheita
    • Dziedziniec Południowy im. Jana Heweliusza

    Uwielbiam takie sentymentalne powroty. Przepełniają mnie ogromną radością. Nie myślałam wtedy o przemijaniu. Cieszyłam się faktem, że przez ponad 5 lat byłam częścią tego miejsca.

    Mam tylko nadzieje, że kolejna moja wizyta będzie już w gwarnym i pełnym studentów kampusie Politechniki Gdańskiej.

    A jeśli zastanawiacie się czy warto ? To spójrzcie. WARTO: