• OBRAŁAM KURS NA MARZENIA

    WAKACJE PRZEZ CAŁY ROK.

    Już kilka lat temu w temacie ogólnie pojętych WAKACJI, postanowiłam nie stawiać wszystkiego na jedną kartę. Nie jestem w stanie zregenerować i ponownie naładować moich akumulatorów w trakcie tylko jednej przerwy w roku. Przerwy? Przerwy od czego? Przerwy od bardzo intensywnej codzienności. Żyję bardzo intensywnie i w bardzo uporządkowany sposób, ale miewam tygodnie, kiedy już pod koniec z przeogromnym utęsknieniem oczekuję przerwy i odpoczynku.

    KURS NA MARZENIA.

    I wtedy obieram kurs na marzenia. Na marzenia o tym, co mnie relaksuje i sprawia mi ogromną radość. Co to jest? Jest to zwykle podróż. Moje podróże bywają małe, bywają też i duże. Ich rozmiar nie ma to większego wpływu na dawkę szczęścia i ogromnego odprężenia jaką oferują mi ciekawe miejsca na naszym globie. Uwielbiam zwiedzać, wędrować, czytać, poznawać, no i oczywiście FOTOGRAFOWAĆ. Ale uwielbiam też czekać. Ekscytacja związana z posiadaniem marzeń, oczekiwaniem na ich realizację jest u mnie równie ogromna. Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Jakie emocje większość z nas czuje w bożonarodzeniowe poranki? To jest magiczna wręcz ekscytacja tym co nadejdzie, tym na co tak bardzo czekaliśmy. I właśnie w tym kontekście, czy zwróciliście uwagę na to, jak bardzo emocjonujące i pozytywne jest samo wyczekiwania na spełnienie się marzenia. Przybliżanie się kroczek po kroczku do jego realizacji. Dla mnie, bardzo miłym jest codzienne wracanie do myśli, które wzbudzają we mnie wewnętrzną radość. Bardzo często są doskonałym motorem napędowym dobrej energii i pozytywnego nastawienia.

    PODRÓŻE MAŁE I DUŻE.

    I właśnie oczekiwanie na najmniejszy choć wyjazd, czy podróż jest dla mnie niezwykle ekscytujące.

    1. Na początku mojej zmiany w podejściu do odpoczynku postanowiłam zamiast jednej dwutygodniowej przerwy w roku, organizować sobie dwa urlopy po jednym tygodniu każdy. Już ta drobna zmiana pozwoliła mi na realizację dwóch marzeń w roku, w pewnych odstępach czasowych.
    2. Kolejną zmianą było dodanie do kalendarza wyjazdów kilku weekendów w roku, które dostarczyły nam pozasezonowego wytchnienia i luzów w nawet najbardziej zatłoczonych miejscach Europy. Lubię wyjeżdżać wczesną wiosną. Ten czas zapewnia cudowne, rześkie temperatury i niespieszne zwiedzanie wszystkich wymarzonych miejsc. Bez tłumów, żaru lejącego się z nieba i wygórowanych cen. I w temacie weekendów nie chodzi mi o wydanie mniejszej lub większej ilości zaskórniaków… Chodzi o zaplanowanie dużo wcześniej miłych wyjazdów z dojazdem samochodem lub z wykorzystaniem tanich lotów po korzystnych cenach. Chodzi o cenę hotelu złapaną w akceptowalnym dla nas przedziale cenowym i o radość! Radość i ekscytację z zobaczenia nowego miejsca w Polsce czy na świecie. Radość z codziennego, zwykle wielomiesięcznego oczekiwania na tę podróż! To właśnie rozumiem przez obranie kursu na marzenia.

    GWIAZDA PÓŁNOCY

    Kiedy jesteśmy w Warszawie, marzymy o byciu w Sopocie i ogromną chęcią pędzimy tam zawsze żeby odpocząć. O każdej porze roku spacery po mieście, plażą czy choćby słuchanie szumu morza ma dla mnie magiczną moc odprężającą. A kiedy jesteśmy w Sopocie zwykle zapala i się w głowie lampeczka pod tytułem:

    S K A N D Y N A W I A

    To nasze ogromne marzenie od wielu lat. Kochamy zapach morskiego powietrza. Szczególnie zimą i wiosną. Ta słona i niezwykle orzeźwiająca bryza jest cudowna. Marzenia o klifach, fiordach i cudownych skandynawskich zatokach są bardzo silne.

    REALIZACJA MARZEŃ.

    Mieszkając w Sopocie czujemy, jak ważna jest dla nas bliskość morza i unikalny spokój, który daje jego bliskość. To moje miejsce na ziemi. Bez wątpienia. Nigdzie nie czuję się tak bardzo „u siebie” jak w Sopocie. Nasze miejsce na północy Polski urządziliśmy w skandynawskim stylu, który bardzo nam się podoba. Przytulny minimalizm to styl, który jest nam bliski i był pierwszym krokiem do pokochania naszych północnych sąsiadów. Wybrzeża Bałtyku i Skandynawia mają nam tyle piękna do zaoferowania.

    Od wielu lat eksplorujemy Polskę z ogromną koncentracją na wspaniałym Trójmieście. Od niedawna rozmyślamy jak „spotkać się” ze Szwecją, Danią i Norwegią. Rejsy z polskich portów są bardzo kuszące. Na razie czytam…

    JESIENNE PLANOWANIE.

    Pierwszy, zwyczajowy krok do realizacji podróżniczych marzeń już poczyniony. Przewodniki kupione. Jesienne wieczory idealnie nadają się na spokojne, teoretyczne podróżowanie „palcem po mapie” i rozbudzanie w sobie tej miłej ekscytacji. Czytamy, wertujemy i w marzeniach już planujemy. Czyli ? Czyli obraliśmy już nasz kurs na skandynawskie marzenia. Południe Europy mamy już całkiem dobrze wyeksplorowane, za to nie znamy prawie wcale północnej części Europy. Czas to zmienić!

    A jak u Was z tymi małymi marzeniami ? Czy krótki, zimowy, weekendowy wypad lub wiosenny za pół roku w chodzi w grę? Czy warto zmienić swoje przywiązanie do letniego urlopu i stawiania wakacyjnych planów na jedną kartę? Zdecydowanie warto i nie musi to kosztować więcej niż ten jeden, jedyny wyjazd, który czasem przynosi spore rozczarowanie.

    Czy pierwszy na mojej liście 2020 będzie Sztokholm ? Ja bardzo bym chciała, a czas pokaże…

    Na razie delektuję się jesiennym czasem i od razu uprzedzę Wasze pytania o stoliczek, na którym cudnie pije się jesienną kawę, cudnie pali się zapachowe świece i jeszcze cudniej przechowuje się książki lub kocyk do przykrycia kolanek na długie jesienne czytanie.

    Jeżeli macie tak jak ja, i już nie możecie bez niego żyć, to kupicie go:

    TUTAJ (klik)

    Po więcej wspaniałych inspiracji do Waszych domów i ogrodów zajrzyjcie na www.edinos.pl.

    Dla pierwszych 20 osób mam KOD RABATOWY: edinos20 o wartości 20 PLN.

    To taka moja mała jesienna niespodzianka dla Was.

    Lećcie szybko na zakupy i spełniajcie swoje jesienne marzenia! A te dalsze, podróżnicze pozostawiam Waszej refleksji.

  • MOJE NIEKOŃCZĄCE SIĘ DZIECIŃSTWO.

    MARZENIA.

    „Ludzie, którzy śnią na jawie, są świadomi wielu rzeczy, które umykają tym, którzy śnią tylko w nocy.”

    Te słowa Edgara Allana Poe bardzo celnie opisują moje dzieciństwo. Od momentu, który pamiętam byłam jednym wielkim kłębkiem…marzeń. Moje życie rodzinne w dzieciństwie, nie było ani proste, ani doskonałe. Więc co postanowiłam? Postanowiłam sobie je „wymarzyć”. Kiedy nadchodziły trudniejsze, gorsze dni zamiast zamartwiać się do granic możliwości marzyłam sobie o dobrym spokojnym czasie i wyobrażałam sobie starszą już troszkę Ewunię w zupełnie innych okolicznościach. Zawsze szczęśliwą, zawsze bezpieczną. Marzyłam o tym kim będę, marzyłam o życiu, za które będę sama odpowiadać i sama o nim decydować. Jak bardzo mi to pomagało. To było jak lekarstwo. Nikt mi takiej postawy nie podpowiedział, nigdzie o tym nie słyszałam. Moja intuicja i poszukująca szczęścia duszyczka, tak postanowiła sobie radzić z trudnościami mego dziecięcego losu. A pewne cechy zdecydowanej walki o swoją przyszłość przejawiałam już wtedy. Widzicie tę wyprostowaną, małą blondyneczkę ze spineczką we włosach ? Widzicie, że 5 letnia Ewunia jest już gotowa na podbój świata?

    Zawsze w pierwszym rządzie, zawsze przewodnicząca, gospodyni klasy, potem na studiach starościna i tak mi już zostało. Nikt nie nie wiedział, z jak trudnym życiem się mierzę. Brakiem poczucia bezpieczeństwa i lękiem o każdy kolejny dzień. Bo ja, od małego stawiałam tym trudnościom czoło. Czarowałam swoją rzeczywistość. Marzeniami, ale i ciężką pracą. Nawet dziś, kiedy nie jest mi łatwo, „zaklinam rzeczywistość” marzeniami, ciężką pracą i zawsze pozytywnym myśleniem.

    MAM 4 LATA I CZYTAM.

    W wieku 4 lat nauczyłam się czytać i pisać. Szczególnie fascynujące było dla mnie czytanie. Poznawanie świata zapisanego na kartach pachnących książek, było dla mnie ogromnym odkryciem. Pochłonęłam wszystkie wierszyki Juliana Tuwima, Jana Brzechwy, Marii Konopnickiej. Kolejno rozczytywałam się w Baśniach Andersena. Wszystkie je mam do dziś, wraz z jedną małą uroczą książeczką z 1974 roku autorstwa Zenta Ergle w przekładzie Czesława Szklennika ” o tytule „Ewunia w Afryce”. Już na pierwszej stronie czytamy:

    „Ewunia – to była Ewunia, czasem duża, czasem maleńka. Nie można być jednocześnie i dużą i maleńką, powiecie. Owszem można.”

    Ta urocza blondyneczka z okładki, już wtedy przekonała mnie, że istnieje ciekawe życie, pełne nieodkrytych obszarów i pewnego dnia i ja je poznam. Postanowiłam, że muszę po nie sięgnąć. Jak ? Będę ciężko na to pracowała, uczyła się, poznawała świat – ale zawsze na 100%. I tak zostało do dziś. Dodatkowo dziś potrafię to nazwać, i powtórzę za Robinem Sharmą:

    „Niezwykłe życie polega na codziennym i nieprzerwanym udoskonalaniu tych obszarów, na których nam najbardziej zależy.”

    Gdzieś w podświadomości wiedziałam o tym chyba od zawsze. Uczyłam i uczę się nieprzerwanie do dziś. Jestem bardzo ciekawa świata i nowych doświadczeń. Czerpię z tego poznawania ogromną radość. Jestem jednocześnie duża i maleńka. Ale zawsze byłam odważna. Uwielbiałam występować, wcielać się w przeróżne postaci, deklamować i improwizować.

    ROZPOCZYNAM NAUKĘ.

    Uczęszczałam do Przedszkola nr  8 przy ul. Jana z Kolna 3 w Sopocie:

    Kolejno, nauki pobierałam w pobliskiej Szkole Podstawowej nr 8 im. Jana Matejki, przy ul. Józefa Golca. Jest to szkoła stowarzyszona UNESCO, do którego została przyjęta w 1973 roku. Dziś w tym wspaniałym programie uczestniczy prawie 9600 instytucji oświatowych z 180 krajów. Kolejne 4 lata spędziłam nieco bliżej linii brzegowej, w I LO im. Marii Skłodowskiej-Curie, przy ulicy Książąt Pomorskich 16-18 również w Sopocie.

    Długo nie wiedziałam, co to jest trema. Kiedy w wieku 7 lat poszłam na egzamin do szkoły muzycznej w Sopocie, siedząc w korytarzu w oczekiwaniu na swoją kolej, nie mogłam pojąć, co dzieje się z innymi dziećmi. Płaczące, nie mogące znaleźć sobie miejsca, szarpiące mamę za rękaw. Byłam zdziwiona, bo przepełniał mnie spokój. Mam to do dziś. W najważniejszych momentach koncentracja i skupienie są moimi sprzymierzeńcami. Trema schodzi na dalszy plan. Zawsze myślę, że to co ma się zdarzyć będzie mi sprzyjało, że ludzie którzy będą mnie oceniali, będą mi przychylni. Takie pozytywne myślenie zawsze bardzo pomaga. No i zawsze staram się być przygotowana na 100 %. Czasem na 101, dodając coś od siebie, podnosząc wartość mojego wystąpienia. Do szkoły muzycznej zdałam i się dostałam.

    Od 7 roku życia należałam też do harcerstwa. Przez wiele lat trenowałam biegi płotkarskie w Sopockim Klubie Lekkoatletycznym. Właśnie w tych 2 środowiskach: sportowym i harcerskim, ukształtowały się moje pierwsze dziewczęce cechy i postawy, które stały się dodatkowym fundamentem mojego dalszego rozwoju. 

    WYKORZYSTUJĘ SZANSĘ.

    Ukończyłam I Liceum Ogólnokształcące im. Marii Skłodowskiej-Curie w Sopocie. Otrzymawszy nagrodę i wyróżnienie ówczesnego Prezydenta Miasta Sopotu Jana Kozłowskiego, wybrałam na dalszą swoją drogę naukową Politechnikę Gdańską. Studiowałam ekonomię i zarządzanie. Potem równolegle marketing i pedagogikę przygotowując się do pozostania na uczelni. Dziś dokładam do tego blisko 20-letnie doświadczenie w zarządzaniu przedsiębiorstwami i zespołami. Dodatkowo realizują swoje projekty fotograficzne i medialne. Nieprzerwanie uczę się i podnoszę kwalifikacje. Da się ? Da się, i to jak!!!

    „Ewa to wyjątkowo zdolna ekonomistka, doskonałe połączenie analitycznego umysłu i niezwykle kreatywny marketingowiec. Jest jedną z najbardziej energetycznych i ambitnych osób, które spotkałam na tej uczelni. Dodatkowo, ma wspaniałą, artystyczną duszę. Jestem pewna, że uda się jej zrobić imponującą karierę i osiągnie w życiu zawodowym wszystko, o czym tylko zamarzy”

    Tak żegnała się ze mną dr. Helena Gulda, kiedy po ukończeniu 3 fakultetów zdecydowałam się opuścić Politechnikę Gdańską i nie kontynuować swojej naukowej kariery. Nigdy nie zapominałam tych słów i zawsze wracam do nich ze łzami w oczach. Dr Helena Gulda była wspaniałym socjologiem, twórcą szeregu studiów podyplomowych oraz studium pedagogicznego dla studentów. To wieloletni wykładowca PG oraz promotorka moich obu prac naukowych. Nie zostałam na uczelni. Świat ekonomii, zarządzania i marketingu mnie wzywał !

    BIORĘ ŻYCIE W SWOJE RĘCE.

    Osobiście uważam, że w Polsce na wysokich stanowiskach i w kadrze zarządzającej jest nas kobiet, nadal o wiele za mało, choć często jesteśmy dużo lepszymi taktykami i doskonałymi specjalistkami w swoich branżach. Kiedy byłam bardzo młoda, nie byłam pewna, czy kobieta ma możliwości połączenia nauki, ambitnej pracy, rodziny, pasji i sztuki. Postanowiłam to sprawdzić już w wieku 14 lat. Podjęłam się pierwszych dorywczych prac i dziś wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Życie nigdy mnie nie rozpieszczało, a ja postanowiłam się mu nigdy nie poddać !

    Badania pokazują, iż 98 % dzieci w wieku 5 lat jest niezwykle kreatywnych, a tylko 2 % 45-latków kontynuuje to entuzjastyczne i kreatywne podejście do życia. Szkoda. To znaczy, że ponad 90 % z nas nigdy nie będzie żyła tak, jak tego w głębi serca pragnie. Dlaczego ?

    Według mnie dlatego, że nie jesteśmy wystarczająco konsekwentni, choć czasem mamy silną motywację. Nie osiągamy naszych celów i nie realizujemy planów, bo często poświęcamy zbyt dużo czasu na na rozmyślanie o tym, co powinniśmy w życiu zrobić. Poddajemy się lękom i wątpliwością i w efekcie, nic nie robimy.

    Ja, z pewnością jestem w grupie 2 % szalonych, pozytywnie zakręconych, kreatywnych ludzików. Nieustannie mam głowę pełną pomysłów. Odkrywanie nowych obszarów życia, doskonalenie się i umiejętności na 100 %, w zaprzeczeniu do wszech panującej dziś powierzchowności, w pełni oddają moje podejście do osiągania „niezwykłego życia”. Bo dla mnie, jest ono podróżą, z milionem doświadczeń, z których zawsze wynoszę lekcje na kolejne wyzwania.

    Tak jak „Ewunia w Afryce”!

    Podobno w dzieciństwie najtrudniejsze jest pierwsze 50 lat, a potem to już z górki. Tego się trzymam! I zgodnie ze słowami Henry Forda, niezależnie od tego, czy mam 5, czy 45 lat, nie przestaję się uczyć, bo ucząc się, przedłużam swoją młodość i dzieciństwo. Dziś mam 100% wpływ na to, jak ono wygląda.

    (…) ” Ten kto się uczy stale, wciąż jest młody. Najważniejsza rzecz w życiu to utrzymać umysł młodym.”

    Tego sobie i Wam z całego serca życzę na te dalsze lata naszego dzieciństwa, czy tam dorosłego życia! To już jak tam chcecie…

  • SPOSÓB NA CAŁOROCZNE DONICE

    W czym sprawa?

    No w tym, że większość miłośników roślin, tych z parapetami, tych z balkonami, tarasami, czy ogrodami ma zwykle donice z jednorocznymi kwiatami. I nie ma w tym nic złego. A wręcz – samo dobro. Jedynym mankament jest ich przemijanie. Ale ja nic sobie z tego nie robię.

    Uwielbiam wczesnowiosenną ekscytację, kiedy moje donice na progu domu i tarasach obsadzam pierwszymi bratkami. Ze śniegiem na kwiatkach czy bez, bez trudu są w stanie przetrwać marcowe i kwietniowe chłody. Pod koniec maja ruszam po surfinie, petunie i pelargonie. Z początkiem jesieni następuje kolejna „zmiana warty” i w donicach pojawiają się aksamitki i astry. Wszystko pięknie, wszystko się zgadza oprócz tarasu z południowo-zachodnią ekspozycją, na którym dłużej niż kilka tygodni nie chcą utrzymać się żadne kwiaty. Tu jest bardzo gorąco i bardzo sucho. Nie ma szans na lekki, orzeźwiający wiaterek. Codzienne podlewanie i nawozy nie wystarczają.

    Podróże kształcą

    W czasie letnich podroży na południu Europy moją uwagę najczęściej przykuwały ogromne donice z drzewami oliwnymi, oleandrami, bugenwillami i tak bardzo popularną tam lantaną. Bo inne, bo egzotyczne, bo trudne do utrzymania w naszych warunkach. Aż tu nagle, kilka lat temu, na południu Francji, popołudniowy spacer po przepięknym Collioure i nieoczekiwane spotkanie z tak genialnie zaaranżowanym parapetem:

    Spacerując dalej, odbyłam spotkanie z cudnymi w swej prostocie nasadzeniami w donicach. Niby nic wielkiego, niby żadne odkrycie, ale spójrzcie jakie eleganckie:

    I jakie mają zalety ?

    • to najwytrwalsi z najwytrwalszych jeśli chodzi o wysokie temperatury
    • kochają „wodny minimalizm”
    • zawsze w bardzo dobrej formie, prezentują się bardzo elegancko
    • nie ma kwiatów, ale są przepiękne, ozdobne liście

    A teraz czas na mnie

    Ta myśl o donicach, ten pomysł i fenomen prostoty przyjechały ze mną do domu. A właściwie na mój gorący, letni taras. Tu mam stół, na którym stoją moi strażnicy, dobrze znani najwytrwalszym czytnikom bloga. I to właśnie oni dostali nowe, trwałe „fryzury”.

    Fryzury, które przetrwały pierwsze lato, pierwszą zimę i cały sezon. I kolejny, i kolejny… Podlewane nie częściej niż raz na tydzień, czasem nawet raz na dwa tygodnie.

    I dlaczego tak się cieszę ?

    Cieszę się, bo mam sprawdzony patent na donice, które przepięknie spisują się w najgorętszej części ogrodu. Bez problemu przetrwały już 2 sezony. Rozchodniki i rojniki pięknie się rozrastają. Spokojnie zimują w zacisznym kąciku na tarasie. Latem cieszą swoim oryginalnym wyglądem.

    A w pozostałych częściach ogrodu obsadzam donice bez żadnych ustalonych, dorocznych zasad. Bawię się kolorami i gatunkami każdego sezonu inaczej. Tak, jak mi podpowiada fantazja, tak jak mi w mojej „ogrodowej duszy” gra…

  • MOJE TOP 5 Z WENECJI

    Moje TOP 5 z Wenecji. W tym poście podpowiem Wam jak zorganizować udaną wizytę w Wenecji i jak nie zmarnować swoich wspaniałych „weneckich dni”. Poniżej odpowiadam co i jak, gdzie i dlaczego…

    1. JAK ROZPOCZĄĆ ZWIEDZANIE WENECJI ?

    Po dotarciu do Wenecji, ruch kołowy i kolejowy kończy się na Piazzale Roma. Zakładając, że większość odwiedzających pragnie dostać się na Plac Św. Marka i jednocześnie choć troszkę zwiedzić miasto w ciągu jednego dnia, przygotowałam dla Was proste, ale sprawdzone propozycje. Mamy co najmniej dwie możliwości:

    • udać się pieszo dzielnicami Santa Croce, San Polo do San Marco, a w drogę powrotną na Piazzale Roma popłynąć przez Canal Grande
    • popłynąć na Piazza San Marco przez Canal Grande, a wrócić na Piazzale Roma piechotą.

    Przez Canal Grande radzę przepłynąć vaporetto. To rodzaj dużego wodnego autobusu/tramwaju. Przejażdżka będzie znacznie mniej romantyczna niż gondolą, czy wodną taksówką, ale tez i nieporównywalnie tańsza (kilka euro za osobę). Można też wykupić bilet całodzienny, który pozwala na swobodne przesiadanie się pomiędzy kilkoma liniami vaporetto przez cały dzień.

    PORADA: Jeśli macie ochotę na odkrycie tej najbardziej romantycznej strony Wenecji polecam nocną przejażdżkę vaporetto po Canal Grande.

    2. MOJA NAJFAJNIEJSZA PRZEJAŻDŻKA GONDOLĄ

    Jeśli mielibyście ochotę na bardzo kameralną przejażdżkę gondolą bo bardziej spokojnych i mniejszych kanałach, radzę nie korzystać z oferty przy Canal Grande, gdzie jest prawie zawsze bardzo tłoczno. W dzielnicy San Marco, przy placach Campo S.Stefano lub Campo S.Angelo znajdziecie przemiłych gondolierów, w tradycyjnych strojach, którzy pomogą Wam dotrzeć do często nieodkrytych zakątków Wenecji.

    Pływa się mniejszymi, znacznie rzadziej uczęszczanymi kanałami, które pozwalają odkryć tę bardziej kameralną i mniej uczęszczaną Wenecję. Ja byłam zachwycona…

    Gondola zabiera do 6 pasażerów i opłata za blisko godzinny rejs wynosi 80-100 euro. Gondolierzy czasem pobierają dodatkowe opłaty za możliwość fotografowania.

    3. WENECJA W SZERSZYM KADRZE, CZYLI PANORAMA MIASTA x 5:

    • Widok na Wenecję z pokładu promu (trasa Lido>Troncheto) lub z vaporetto (linia 2).
    • Przy placu św. Marka można wjechać windą na szczyt kampanili.
    • Z tarasów bazyliki św. Marka można podziwiać nabrzeże Canal Grande.
    • Niezapomniany widok z dzwonnicy kościoła San Giorgio Maggiore.
    • Widok ze Scala Contarini del Bovolo.

    4. DARMOWE ATRAKCJE WENECJI:

    • Spacer po jednym z najwspanialszych placów Europy – Piazza San Marco. To niezwykłe muzeum na świeżym powietrzu, po którym najlepiej przechadzać się wczesnym rankiem, kiedy jest jeszcze opustoszały.
    • Zwiedzanie bazyliki św. Marka z przewodnikiem, po zapisie z kilkudniowym wyprzedzeniem na http://www.alata.it
    • Właściwie we wszystkich weneckich kościołach czekają na Was wspaniałe dzieła sztuki.
    • Museo Storico Navale – eksponaty weneckich statków, gondoli i promów.
    • Piękne i darmowe plaże na Lido.
    • Wędrówka uliczkami historycznego „serca miasta” – tak zwie się Targ Rialto. Ta część Wenecji najbarwniej wygląda podczas karnawału (10-dniowe szaleństwo przed Wielkim Postem), kiedy to kupcy rywalizują przepychem średniowiecznych kostiumów. W pozostałych częściach roku zapewnicie sobie tu ucztę dla zmysłów. W tym handlowym centrum miasta kupicie aromatyczne i soczyste owoce, warzywa i świeże ryby. Targ jest zwykle w godzinach 7.30>13.00. Później, weneckie dobro wszelakie dokupicie w okolicznych delikatesach i piekarniach.

    5. A JEŚLI W WENECJI BĘDZIE PADAŁ DESZCZ?

    Znam takich turystów, którym nie udało się odwiedzić Wenecji w słońcu. Jeśli i Was dopadł deszcz, nie załamujemy rąk tylko lecimy tu:

    • Zwiedzamy Pałac Dożów łączący elementy bizantyjskie, gotyckie i renesansowe. Na trzech kondygnacjach zwiedzamy przepiękne komnaty i wędrujemy zachwycającymi labiryntami korytarzy.
    • Spacerujemy po galeriach Museo Correr na Piazza San Marco
    • Idziemy na wieczorny koncert muzyki Vivaldiego do Ateneo di San Basso
    • Na Campo della Carita, w galeriach Akademii możemy obejrzeć weneckie arcydzieła, od bizantyjskiego średniowiecza poprzez renesans po barok i rokoko. Dzieła dorównują rangą florenckiej Galerii Uffizi.
    • We wnętrzach XVIII-wiecznego Palazzo Venier dei Leoni znajduje się wspaniała kolekcja sztuki nowoczesnej Peggy Guggenheim. Można tu podziwiać prace ponad 200 awangardowych artystów, reprezentujących wszystkie ważniejsze nurty sztuki XX wieku. Miałam ogromne szczęście odwiedzić też wspaniałe hiszpańskie muzeum Guggenheim w Bilbao na 11 tys. m2 i polecam Wam oba te miejsca.
    • Jeśli kochacie książki, odwiedźcie międzynarodową księgarnię Mondadori przy San Marco 1345
    MOST RIALTO

    Niewiele jest miejsc na świecie tak atrakcyjnych i tak romantycznych jak Wenecja. To miasto na wodzie, gdzie przepiękne pałace, rezydencje i kościoły otoczone kanałami, przetrwały stulecia, gdzie w XXI wieku odwiedzając Wenecję nie zobaczymy samochodów. A spacerując po zacisznych zaułkach możemy delektować się historią i szeptem przeszłości…

    Na koniec zapraszam do galerii trochę innych zdjęć – to będzie Wenecja w stylu vintage. Zaprowadzi Was tam poniższy klawisz:

  • QUATRE QUARTS czyli cztery czwarte

    Dlaczego quatre quarts?

    4/4, cztery czwarte to bretońskie ciasto, które bierze swoją nazwę z tego, że masa jego czterech podstawowych składników: mąka, cukier, masło, jajka jest równa, a zatem każdy z nich stanowi jedną czwartą. To bardzo klasyczne ciasto, czasem nazywane „matką wszystkich ciast” pochodzi z Francji. Jego domem jest Bretania.

    Brytyjczycy mają swój odpowiednik quatre quarts, w postaci POUND CAKE. To ciasto przygotowuje się z funta każdego z czterech składników: mąki, masła, jajek i cukru. Oczywiście z rozmaitymi dodatkami, które dodaje się według własnego uznania.

    Sekret.

    Ciasto jest przepyszne i bardzo proste w wykonaniu. Musimy tylko zadbać, aby wszystkie składniki były w pokojowej temperaturze. Kolejno dodawane i wyrabiane zgodnie z poniższym przepisem sprawią, że ciasto będzie znakomite. Dodałam do niego cudowny jesienny akcent w postaci świeżych jabłek i lukru ze świeżym sokiem z cytryny, co nadało ciastu wyśmienitego jesiennego charakteru!

    Składniki na ciasto:

    (tortownica 23 cm)

    3 duże jajka
    200 g cukru + 2 łyżeczki cukru waniliowego
    200 g roztopionego i ostudzonego masła
    200 g mąki
    2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
    2 jabłka (opcjonalnie)

    Składniki na lukier cytrynowy:

    200 g cukru pudru (1 szklanka)
    2 łyżki mleka
    2 łyżki soku z cytryny

    Wykonanie:

    Całe jaja ubijamy na puszystą, jasno żółtą masę. Dodajemy cukier i dalej ubijamy, aż do uzyskania prawie białej masy. Kolejno dodajemy masło i stopniowo mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia.

    Gotową masę przelewamy do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzch układamy obrane i pokrojone jabłka, które dodadzą ciastu jesiennego smaku.

    Pieczemy w temperaturze 180 stopni lub do suchego patyczka. Na wierzch ostudzonego ciasta polewamy lukier cytrynowy. Przygotowujemy go podgrzewając i cały czas mieszając mieszając wszystkie składniki lukru w małym garnku. W kilka chwil lukier zrobi się sam.

    Moje podpowiedzi:

    1. Do ubijania tego ciasta, używam robota planetarnego,
    ponieważ wyrabia masę na ciasto dużo szybciej i dokładniej niż ręczne miksery.
    2. Oryginalny przepis na quatre quarts jest bez jabłek i lukru,
    ale wtedy smakiem przypomina naszą babkę piaskową
    i nie ma tego cudnego jesiennego smaku.
    3. Nóż z ząbkowanym ostrzem jest idealny do pokrojenia tego ciasta.
    Bez problemu kroi miękkie upieczone owoce, nie deformując wierzchu ciasta.
    Ja użyłam noża FISKARS.
    4. Ciasto można rozlać do foremek i przygotować muffinki.
    Należy tylko skrócić czas pieczenia do 15-20 min (do suchego patyczka).

    To chyba jedno z najprostszych ciast które kiedykolwiek piekłam ale kompozycja smaków, zapachów i aromatów wydobytych ze świeżych jabłek i cytryn jest wspaniała.

    Bon appétit!

    I po raz kolejny … „siła tkwi w prostocie”!

  • SOPOCKIE WERANDY

    Zoppot – Ostseebad – uzdrowisko nad Morzem Bałtyckim.

    Miasto bardzo ciężko pracowało na zdobycie tego tytułu. Jego najstarsza zabudowa zaliczana była głównie do kategorii letniskowej. Domy mieszkańców Sopotu z tego czasu były niewielkimi, drewniano – murowanymi budynkami, zwykle o prostych, prostokątnych kształtach.

    JAK SOPOT STAŁ SIĘ KURORTEM

    Druga połowa XIX wieku to czas, kiedy Sopot zaczął zdobywać coraz bardziej ugruntowaną pozycję uzdrowiska oraz wprowadzone zostały istotne zmiany w jego architekturze. To czas, kiedy dzięki działaniom dr Jeana Georgesa Haffnera powstawały w Sopocie kolejne obiekty kąpielowe i rekreacyjne skupione wokół dzisiejszego Skweru Kuracyjnego. Moda na kąpiele i zabiegi lecznicze zataczała coraz szersze kręgi, więc kuracjuszy było coraz więcej. W ciągu kilku lat Sopot przekształcił się z niewielkiej wioski rybackiej w znane uzdrowisko. Niedługo po tym, Sopot zaczął konkurować z renomowanymi europejskimi kurortami, które wznoszono na na przełomie XIX i XX wieku w bardzo modnym stylu alpejskim, który charakteryzował się między innymi drewnianymi przybudówkami o konstrukcji ryglowej zwanymi WERANDAMI.

    WERANDY

    W tamtym czasie, w Sopocie powstało ich około 300. Werandy sytuowano na elewacjach budynków symetrycznie, często po kilka. Również na piętrach w formie wykuszy. Niekiedy nawet na całym obwodzie budynku, podobnie jak w alpejskich (głównie szwajcarskich) rezydencjach letniskowych.

    Pełniły funkcję salonów, gdzie odbywały się spotkania, prowadzono życie towarzyskie, spożywano posiłki i odpoczywano. Latem, były to zwykle pomieszczenia otwarte. W porach zimniejszych, wietrznych i deszczowych na uchwyty, czy zawiasy zakładano okna.

    Werandy były bogato zdobione ornamentami wycinanymi w drewnie. W ażurowej oprawie okien, które niczym firanki osłaniały naświetla dominowały zwykle symetryczne motywy geometryczne i roślinne. Czasem pojawiały się ptaki, czy smoki. Pod oknami montowano płyty z dekorowanymi deskami, które imitowały balustrady z tralkami.

    DZISIEJSZY UROK

    Dziś, spacerując po Sopocie, możemy nadal zachwycać się wspaniałymi werandach. Po 1989 roku miejski konserwator zabytków zlecił inwentaryzację i od 2005 roku rozpoczęto remonty szczególnie reprezentatywnych werand. Zapierają dech swym wyglądem, motywami zdobnymi i ornamentami.

    FOTOGRAFUJĘ WERANDY

    Kiedy kończy się lato, i gwarny Sopot się wycisza, ruszam na wielogodzinne wędrówki po mieście. Szwendam się po najpiękniejszych zakamarkach w poszukiwaniu tych architektonicznych perełek.

    Fotografuję werandy regularnie i systematycznie powiększam swoją „werandową galerię:

    =>TU OBEJRZYSZ MOJĄ GALERIĘ WERAND<=

  • Mój niebiański PISZINGER

    PISCHINGER AND PISZINGER – andruty z masą czekoladową

    Pischinger (również piszinger, tort Pischingera) – oryginalny przepis mówi o torciku na bazie wafli, przekładanych masą czekoladowo-orzechową, oblanym lukrową polewą czekoladową. Jego twórcą był znakomity wiedeński cukiernik Oscar Pischinger. Przepis pochodzi z drugiej połowy XIX wieku. Ja przygotowuję go regularnie po dzień dzisiejszy. W sporo lżejszej, zmodyfikowanej formie, bez polewy. Nie zmienia to faktu, że jest tak niebiańsko pyszny, iż ciężko się od niego oderwać.

    PRZEPIS

     SKŁADNIKI: 
    – 10-15 szt dużych andrutów (im cieńsze tym lepsze)
    – 1 szklanka mleka
    – 2 szklanki mleka w proszku
    – 1,5 szklanki cukru
    – 1 kostka masła (200g)
    – 1 cukier waniliowy
    – 3-4 łyżki kakao
    – opcjonalnie: garść rozdrobnionych orzechów włoskich

    WYKONANIE

    Do garnka o grubym dnie wlewamy szklankę mleka i dodajemy masło. Wolno rozgrzewamy i mieszamy składniki. Kolejno wsypujemy cukier, cukier waniliowy i kakao. Partami (po pół szklanki) dosypujemy mleko w proszku, które nie będzie miało specjalnej ochoty łatwo rozpuścić się w naszej masie. Zwykle tworzą się większe lub mniejsze grudki, którymi nie należy się wcale, ale to wcale przejmować. Rozcieramy je tak, aby były jak najmniejsze. Możemy je na chwilę potraktować mikserem, który w minutkę rozetrze je bezpowrotnie. Masa musi się dobrze rozgrzać, aby składniki się rozpuściły, ale przed rozsmarowywaniem musimy ją mieć tylko lekko ciepłą, aby zbyt wysoka temperatura nie zniszczyła andrutów. Zbyt chłodna zaś, nie będzie się chciała rozsmarowywać. Musi być tylko lekko ciepła!

    „Orzechowym smakoszom” polecam dodanie garści drobno roztłuczonych orzechów włoskich.

    Rozlewamy masę na kolejnych warstwach andrutów bardzo dokładnie. Całość musi być dokładnie pokryta. Ja używam do tego silikonowej szpatułki do ciast FISKARS.

    Po przykryciu rozprowadzonej masy kolejnym andrutem, dociskamy go delikatnie dłonią w każdym miejscu. W zależności od grubości andrutów układam 5-8 warstw.  

    PORADY

    WAŻNE!!! Gotowe wafle muszą zmięknąć, dlatego wkładamy je do siatki foliowej lub owijamy folią spożywczą. Musimy również docisnąć nasze wafle czymś „ciężkim”. Ja używam  do tego drewnianej deski o wymiarach minimalnie większych od wymiarów andrutów, co zapobiega to rozwarstwianiu i odginaniu się brzegów andrutów w pierwszych godzinach. W tym czasie masa powinna nawilżyć nasze andruty i całkowicie posklejać wszystkie warstwy. W ślad za pomysłem Oscara Pischingera, można je również polać polewą czekoladową.

     SKŁADNIKI NA POLEWĘ CZEKOLADOWĄ: 

    - 2 tabliczki gorzkiej czekolady
    - kilka łyżek mleka do rozpuszczenia czekolady
    - 1/2 kieliszka spirytusu

    Do małego garnka o grubym dnie, wlewamy kilka łyżek mleka i dodajemy kawałki połamanych czekolad.  Podgrzewamy na wolnym ogniu i cały czas mieszając doprowadzamy do całkowitego rozpuszczenia czekolady. Dolewamy spirytus i już możemy smarować naszego piszingera.

    W naszej rodzinie ani mali, ani duzi nie są w stanie się tym waflom oprzeć…Niebiański smak, dla mnie również smak mojego dzieciństwa.

    SMACZNEGO !

  • WENECJA W STYLU VINTAGE

    MIASTO NA WODZIE

    Są takie miasta na świecie, o których nie można zapomnieć, do których tak bardzo chce się wracać. Tak wyjątkowe, tak inne od wszystkich i tak nieziemsko urzekające. Taka właśnie jest dla mnie Wenecja. Miasto na wodzie. W XXI wieku zamiast ulic – kanały, zamiast samochodów – stateczki i gondole, a w miejscu drapaczy chmur – imponujące pałace. Poczułam się jak w bajce.

    POWSTANIE WENECJI

    Wenecja powstała na samym środku bagnistej laguny, według tradycji 25 kwietnia 421 roku, w dzień św. Marka. Przez stulecia zwożono miliony pni ze ściętych w alpejskich lasach sosen. Wbijano je gęsto jeden przy drugim w gliniasto-piaszczyste dno laguny. Na palach układano poziomo kamienne płyty, które miały pełnić funkcję fundamentów budowli. Brak tlenu pod wodą miał zapobiegać gniciu drewna.

    ACQUA ALTA

    Między październikiem a marcem, miasto regularnie nawiedza acqua alta („wysoka woda”). Wenecja jest na nią narażona na skutek pływów na Adriatyku. Dodatkowo, nasilenie szkód wywołanych w mieście przez wodę wzrosło wraz ze wzmożonych ruchem łodzi motorowych. Fale podmywają fundamenty domów i niszczą elewację, a odnawianie ich jest bardzo kosztowne. Większość z nich nie jest poddawanych konserwacji.

    CANAL GRANDE

    W najgłębszym miejscu, w przystosowanych do żeglugi kanałach głębokość dochodzi do 15 metrów. Najpłytsze kanały Wenecji mają 1-2 m głębokości. Miasto przecina łącznie 177 kanałów. Najdłuższy z nich, Canal Grande ma 4 km długości, 30-70 m szerokość. Biegnie od Piazzale Roma, gdzie są parkingi i swój ostatni przystanek mają autobusy przyjeżdżające z lądu, w stronę placu św. Marka. Wzdłuż jego nabrzeży dech zapierają wystawne pałace i przepiękne budowle. Na jego wodach jest zawsze dość tłoczno. Kolorowe gondole, promy, taksówki wodne, motorówki i barki uginają się pod ciężarem turystów, czy towarów rozwożonych na tutejsze bazary.

    WENECKIE GONDOLE

    Jeszcze w końcu XIX wieku niewielka liczba mostów sprawiała, że blisko 10 tysięcy gondoli stanowiło główny środek transportu pomiędzy wysepkami. Pierwsze gondole pływały już XI wieku, a dziś kursuje ich już tylko kilkaset. Gondola składa się z 280 elementów i jest budowana z 8 gatunków drewna. Jest asymetryczna, ma długość 11 m i szerokość około 1,40 m.

    To miasto pełne magii, niezrównanego uroku i cudownej atmosfery sprzed wieków. Pod warunkiem, że nie wybierzecie się tam w letnich i bardzo tłocznych miesiącach. Dla mnie, jak się okazuje, 3 wizyty to zbyt mało, żeby nasycić się pięknem tego cudownego miejsca. Za każdym razem odkrywam kolejne oblicze tego magicznego miasta. W swoich 6 przepięknych dzielnicach skrywa tyle wielkiej sztuki weneckiego renesansu, że nie sposób się tu nudzić. Nawet w marną pogodę spacer po galeriach, labiryntach korytarzy i pałacowych wnętrzach może sprawić, że będą to jedne z najpiękniejszych chwil Waszego życia.

    Opowiadam i pokazuję więcej szczegółów moich weneckich dni w kolejnym poście: TUTAJ Poczytajcie o najfajniejszej przejażdżce gondolą, mostach, ciekawych dzielnicach i cudownych zakamarkach. Podpowiadam Wam gdzie szukać najpiękniejszych miejsc widokowych i jakie darmowe atrakcje oferuje Wenecja turystom.

    Do miłego, weneckiego…

    Arrivederci !!!

  • A KTO JUŻ NIE MOŻE, NIECH PĘDZI NAD MORZE…
     
    Potrzebujecie relaksu i odprężenia ?
    Czujecie zmęczenie latem? A może wakacjami? Może trzeba Wam przewentylowania części „Waszych układów”?
    Tak, to też jest możliwe. Czuć zmęczenie po wakacjach. Ruszamy w nieznane, nie zawsze komfortowe, nie zawsze spełniające nasze oczekiwania. Przenosimy się z uporządkowanej, oswojonej codzienności w kompletnie nowe otoczenie.
    Nie wszystkim daje to ukojenie…
    Mam dla Was teraz radę: pędźcie pilnie nad morze !!!
     
    Morze, plaża po sezonie i czyste powietrze to moi najlepsi terapeuci życia. Dni coraz krótsze, więc polecam Wam pilnie „iść w stronę słońca”!
    Pamiętacie jak w zeszłym roku we wrześniu wszyscy się zachwycali cudownym, przedłużonym latem?
    Było ciepło, było słonecznie, dookoła było zielono i kolorowo w ogrodach.
    Tylko w prognozach pogody pojawiały się „pogróżki”. To już koniec lata, to już z pewnością ostatnie ciepłe dni, ostatni ciepły tydzień…
    Straszyli non stop, a słoneczko robiło sobie co chciało,
    czyli świeciło z całych sił. 
    Moje wrześniowe powietrze pachniało latem i obficie kwitnącymi w tamtym roku różami, lawendą i szałwią.
     Ciekawe z czym Wam kojarzy się zapach tegorocznego,
    i równie wyjątkowego lata? Była taka masa gorących i bardzo eterycznych dni.
    U mnie w tym roku powtórka..róże, lawenda i szałwia. 
     
    Mało kto wierzył, że i październik, i listopad będą chciały z całych sił upodobnić się do września.
    Z tak wielką ekscytacją czekam na tegoroczną jesień. Łapię słoneczne, letnie chwile, ale o jesieni już marzę i skrupulatnie ją planuję. 
     
    W zeszłym roku we wrześniu regenerowałam się po ważnej operacji, ale już w październiku zatęskniłam za morzem..
    Marzyło mi się bardzo, żeby pomoczyć jeszcze stopy w Bałtyku. I tak się stało, i tak się udało.
    W drugiej połowie miesiąca udało się zorganizować weekend w dniami, które ja nazywam „pełnią szczęścia”.
    Nie ważne która godzina, nieważne dokąd chcemy dotrzeć …
    Obieramy kierunek Białogóra i wędrujemy brzegiem plaży w kierunku Stilo tyle, ile tylko mamy sił w nogach.
    Zawsze są to kilkugodzinne spacery. I tak też było tym razem.
    Co było wyjątkowego?
    Wyjątkowa była letnia aura tego dnia.
    Ponad 20 stopni, nogi wędrowały zamoczone w słonej, ciepłej wodzie.
     

    Ale morze to potężna dusza, nieustannie skarżąca się na jakąś wielką, nie dającą się utulić boleść, zamkniętą w nim po wsze czasy. Nigdy nie będziemy w stanie zgłębić tej nieskończonej tajemnicy, możemy tylko wędrować z uczuciem głębokiej czci i oczarowania po jej wąskim skraju. (…) morze zna tylko jeden głos, potężny, urzekający naszą duszę swą wspaniałą harmonią (…) morze zdaje się mieć w sobie coś z potęgi niebios.

    Lucy Maud Montgomery, Wymarzony dom Ani

     
    Czy też dla Was też takie długie, całodniowe, nadmorskie spacery są lekiem „na całe zło tego trudnego świata” i najwspanialszym ukojeniem zmysłów? Jestem ogromną optymistką ale i mnie czasem dopada trudniejszy czas.
    I wtedy potrzebuję spacerów. Na nich najlepiej regeneruję siły i dopadające mnie zmęczenie pospiesznym, codziennym życiem.
    Co bardzo pomaga jesienią, to prawie całkowita pustka na plażach. Posezonowe „wyludnienie” jest cudownym kontrastem do moich „tłocznych dni”, pędzących z prędkością światła. 
    Posezonowe „wyludnienie” jest też dla mnie wytchnieniem w Sopocie.
    Tu się wychowywałam, tu dorastałam, tu również dziś jest mój drugi dom. 
    Sopot dla wszystkich mieszkańców jest jednocześnie domem,
    ale zwykle myśli się o nim potocznie – letni kurort,
    fajna miejscówka na wakacje, imprezę w weekend.
    A dla mnie, dopiero kiedy kończy się letni, turystyczny czas, posezonowe miesiące oddają najlepiej piękno tego miejsca i całej zatoki gdańskiej. Uwielbiam się szwendać po magicznych uliczkach Sopotu i delektować się pięknem jego architektury. Są tu takie perełki, że aż dech zapiera.
    .KOCHAM TU BYĆ.
    Również tej jesieni rozpoczynam wspaniały sopocki, blogowy projekt. Tworzę nową, interesującą miejscówkę w sieci.
    Mam nadzieję, że będziecie ze mną również tam.   
     
    Bardzo doceniam uroki wybrzeża w jego najbardziej naturalnej i opustoszałej odsłonie. Plaża cicha, pusta, czysta, jasna i tak bezkreśnie długa…Bo dla mnie dopiero wtedy plaża jest najpiękniejsza. I dopiero w tej pustce można wszystko dostrzec, i można się tym ukoić. Odwiedziłam już tak wiele słynnych i mniej słynnych plaż na naszym globie. I wiecie co Wam powiem?
    Dla mnie, bezdyskusyjnie nasza polska jest najpiękniejsza. 
     
    To już teraz wiecie, że kocham nasze wybrzeże najbardziej. 
    Właśnie za te długaśne, nieśpieszne spacery po drobnym
    i czyściutkim piasku. Już rozmyślam o kolejnych tegorocznych, jesiennych spacerach.
    Kocham również te zimowe. W bardzo chłodne dni, dla wspaniałego marszu po plaży wystarczy tylko słońce. Zaplanujcie tej jesieni coś dla siebie. Koniecznie nad morzem. 

    „Słońce wschodzi na horyzoncie, słońce ogrzewa nasze twarze, słońce ogrzewa nasze plecy, słońce chyli się ku zachodowi. Tyle mógłby trwać nasz spacer…” 

  • CUDNY, KOLOROWY MAJ W OGRODZIE

    Słoneczne popołudnia, które jak zwykle o tej porze roku pomagają mi troszkę „pchnąć” prace ogrodowe do przodu, minęły. Od kilku dni leje non stop. Było tak bardzo sucho, że nie śmiem narzekać.
    Obserwowałam owady i ptaki w ogrodzie, które przylatywały rankiem spijać krople rosy z liści rozchodników. Zaczęłam wynosić im wodę na podstawkach. Zimni ogrodnicy w wielu częściach Polski dali się z poznać ze swej najgorszej strony. Zmrozili i uszkodzili wiele magnolii, bylin i krzewów. Oj tak ! W tym roku nie mieli litości. Zośka na plusie, ale też dość chłodna.
    7 stopni w ciągu dnia, to przecież żaden szał jak na połowę maja.
    Jestem szczególnie zadowolona, że zdążyłam przed tą „deszczową porą” rozsypać nawozy na rabatach. Trawnik też dostał „porcję jedzonka”. Wszystkie cięcia po kwitnieniu zakończone.

    I na czym teraz spędzam swoje ogrodowe chwile ?

    Zgadliście ? BINGO ! Oczywiście, że na pieleniu.
    Nie wiem ile już taczek chwastów „naprodukowałam”.
    Jak co roku o tej porze będę się powtarzała: najbardziej martwią mnie podagrycznik, mniszek i skrzyp. Staram się ich pozbyć od lat.
    Są bardzo, ale to bardzo uciążliwe. W niektórych miejscach odnotowałam spore sukcesy, a w niektórych wręcz odwrotnie… będę się nimi zajmowała w najbliższych tygodniach.
    Teraz, kiedy większość roślin już przygotowana do sezonu, mogę się zająć pielęgnacją najtrudniejszych miejsc w ogrodzie.
    Będę jeszcze musiała domówić sporo kory i może trochę ziemi.
    Mam sporo jeżówek do przesadzenia. I białych i różowych.
    I cieszy mnie to ogromnie.
    Kora jak wszystkie „okrywacze rabat” ma swoje wady (zakwasza
    i pomaga skrzypowi), ale ja lubię ją chyba najbardziej.
    Wygląda naturalnie i robi swoją robotę. Potrzebuję tej korowej kołderki, bo bez niej nie miałabym kwiatowych rabat, tylko „chwastowe”.
    A tymczasem w majowych ogrodach…kolory, kolory i kolory:
    Coraz więcej kwiatów, coraz więcej zapachów…Kwitną jeszcze magnolie, popisują się rododendrony, kaliny koralowe i startują powoli czosnki ozdobne.
    W tym roku również tamaryszki mają swój czas. Dawno nie widziałam tak zaróżowionych ogrodów. To chyba ich rok !
    A młode, kolorowe liście wszelkich innych krzewów dodają każdemu ogrodowi wiosennego uroku.
    Ta świeżutka zieleń kalin jest oszałamiająca:

     Jak zwykle, po „zimnej Zośce” rozpocznę nowe nasadzenia donic.

    Bratki i stokrotki ustąpią miejsca pelargoniom i surfiniom.

    Od lat, niezmiennie uwielbiam majowe „ogrodowanie”.
    W temperaturze około 10- 15-20 stopni, oddychając przyjemnym
    i rześkim powietrzem.
    To mój najlepszy czas do pracy w ogrodzie.
    W towarzystwie tak pięknie rozśpiewanych ptaków nie można czuć się lepiej.
    To jak najwspanialsza terapia i dla duszy i dla ciała.
    Kiedy wracam do domu po paru godzinach pracy w ogrodzie
    nawet na twarzy widzę różnicę.Gładsza skóra, fajne rumieńce.
    Darmowa dawka zdrowia i relaksu. Nawet jeśli stawy i mięśnie czasowo „zajechane”. Nic nie szkodzi. Szczęście przepełnia mnie do granic. Też tak macie ?
    A jeśli nie macie swoich ogrodów, to zapewniam, kilka donic i skrzynek z kwiatami na balkonie czy tarasie spełnia tę samą rolę w radowaniu oczu i duszy. Ich pielęgnacja i wielomiesięczne, nieprzerwane kwitnienie może „umaić” każdy,
    nawet najbardziej pochmurny dzień.
    !!! I DLA WAS MIŁEGO MAJOWEGO OGRODOWANIA !!!